sobota, 22 sierpnia 2020

8 kwietnia 2010

TATUŚ NIE WRÓCI.


Zaczynało się upalne lato. Razem z dwoma braćmi siedziałem na dachu sieni. Papa coraz bardziej nagrzewała się od promieni słońca. Montowaliśmy proce z rososzek wyciętych z bzu, rowerowej dętki i kawałków skóry. Nauczył nas tego kolega ojca parę tygodni wcześniej. Nasz tata był wtedy jeszcze zdrowy, teraz leżał w szpitalu. Miał zapalenie płuc. Mamy nie było w domu. Właściwie nie było jej przez większą część dnia, bo albo była w pracy, albo u tatusia. Żaden z nas nie miał wtedy więcej niż dziesięć lat. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z powagi sytuacji. Mama co prawda opowiadała, że tata ma rozszczep kręgosłupa, leży na wznak, że już jej nie poznaje, ale nie wiedzieliśmy co to oznacza. Wracała zapłakana. Chodziła po domu nie mogąc sobie znaleźć miejsca.

Dokładnie pamiętam tę scenę. Zza zakrętu dróżki dobiegł głos listonosza. Matka pobiegła, tak jakby na niego czekała. Zapadła ta chwila ciszy, po której ona się wyłoniła. Była zlana łzami. W dłoniach trzymała kartkę, wpatrywała się w nią jakby nie mogła doczytać co jest tam napisane. Dopiero później zrozumiałem, że był to telegram ze szpitala.

-Musicie posprzątać. Tatusia przywiozą, - usłyszeliśmy.

Dowiedzieliśmy się, że ojciec przez jakiś czas będzie w domu, zanim coś tam... i znowu zostaliśmy sami.

-Pościel łóżko. Muszą go gdzieś, przecież położyć, - instruowałem brata.

Pamiętałem jak zmarł dziadek, ale nie wiedziałem czym jest prawdziwa śmierć. Nie byłem nawet na jego pogrzebie. A teraz tatuś. Myślałem, że to jest taki stan, kiedy on musi wyjechać na długo, ale nie na zawsze.

Zdziwiłem się kiedy zobaczyłem ojca w trumnie, ubranego w garnitur. Każdy z nas po kolei podchodził i patrzył. Ojciec wyglądał tak normalnie, tak jakby na chwilę się zdrzemnął. Tylko ten zapach, jakby starego papieru, nie pozwalał zapomnieć, że coś jest nie tak.

Następnego dnia, wczesnym rankiem zaczęli schodzić się sąsiedzi. Starsze kobiety włożyły ojcu w dłonie różaniec i święty obrazek. Zaczęły zawodzić. Ludzie pochodzili do nas i przytulali. Nie wiedziałem czemu tak bardzo się smucą. Przecież tatuś tu jest, nie odpowiada, pewnie nie może... ale to nic. Co to właściwie ta śmierć? Czemu oni wszyscy nam tak współczują? Przecież mam mamę, dwóch braci i trzy siostry, i nadal jesteśmy rodziną.

Na pogrzeb przyszła prawie cała wieś. Ojciec był lubiany. Zajmował się reperacją radioodbiorników, hodował pszczoły, chętnie wszystkim pomagał, dlatego przyszli. Kiedy staliśmy nad rozkopanym grobem rozpadał się deszcz. Matka rozpaczała. Kiedy chcieli opuścić trumnę położyła się na niej tak, że musieli siłą ją z niej podnosić.

To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to nie sama śmierć, nie sama tragedia, ale to, że od tego momentu już go przy nas nie było. Nie było pomocnej dłoni, która zawsze się pojawiała, kiedy tego potrzebowaliśmy. Nie było obrońcy, nie było rodzinnego doradcy, nie było autorytetu. Pojawiła się ogromna niepewność i lęk. Matka pozbawiona wsparcia przestała sobie dawać radę z utrzymaniem niewielkiego gospodarstwa i szóstki dzieci. Zostaliśmy sami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz