Samospełniająca się przepowiednia.
Miesiliśmy w niewielkim, drewnianym domu pod lasem. Były wakacje. W ciągu dnia panowały nieznośne upały. Noce były duszne więc w domu ciężko było wytrzymać. Urządziliśmy sobie spanie na strychu, takie prowizoryczne.
Kiedyś, kiedy byłem małym chłopcem, lubiłem się bawić takimi wyobrażeniami: „co by było, gdyby?” często wyobrażałem sobie, że nasz dom płonie, a my bohatersko go gasimy i wynosimy meble. Bardzo podobało mi się to wyobrażenie, to, że wszyscy później o nas mówią, że jesteśmy tacy biedni, a jednocześnie tacy odważni... moje fantazje na ten temat rozpoczęły się parę lat przed wydarzeniem, które chcę opisać. Jak się taki ciąg myślowy rozpoczął, to ciężko było nad nim zapanować i uwolnić się od niego. Myśli powracały samoczynnie w momentach znudzenia.
Któregoś razu, kiedy starsza siostra poszła do sąsiadów, urządziłem sobie taką głupią zabawę. Wziąłem latarkę z kolorowymi filtrami: czerwonym, niebieskim i zielonym, kiedy się ściemniło wszedłem na strych i przez szczeliny w ścianie migałem snopem światła wprost w okno sąsiadów. Już po krótkiej chwili przybiegła zdyszana i mocno wystraszona siostra. Zaczęła walić w drzwi i krzyczeć, że się pali. Schodząc ze strychu pękałem ze śmiechu. Wtedy było dla mnie takie zabawne, że udało mi się ją tak wystraszyć.
Wróćmy jednak do pamiętnych wakacji. Wszyscy oglądaliśmy relację z wizyty prezydenta Jaruzelskiego w Japonii. W pewnym momencie telewizor zaczął mocno śnieżyć.
-Pójdę i poprawię antenę, - odezwał się jeden z braci i wyszedł z pokoju.
Nagle usłyszeliśmy jego dziwnie zmieniony głos.
-Pali się!!! Chłopaki, pali się!!!
W pierwszej chwili myśleliśmy, że żartuje. Jednak, kiedy stanęliśmy w drzwiach prowadzących do sionki usłyszeliśmy trzaski i huk. Pamiętam to jakby było wczoraj, płonęła cała ścina. Dokładnie w miejscu, w którym parę lat wcześniej bawiłem się latarką. Rozszalałe jęzory ognia przemykały raz w jedną, raz w drugą stronę, ślizgały się po deskach i dachówkach. Przerażony pobiegłem do studni po wodę. Tak naprawdę nie wiedziałem co mam robić: gasić, ratować dobytek, czy biec po pomoc? Kiedy nabrałem wiadro uświadomiłem sobiem, że nie mogę jej tam wylać, bo właśnie tam dochodzi kabel z prądem.
-Gaś, gaś!!! – krzyczeli bracia. Parę wiader polałem, jednak nic to nie dało.
Woda, jeśli w ogóle doleciała natychmiast zamieniała się w parę. Wszystko wglądało beznadziejnie.
Po paru minutach opanowałem się, siostrze kazałem biec do najbliższego telefonu (było to jeszcze przed epoką „komórek”, telefon miały trzy gospodarstwa we wsi) i dzwonić po straż. Razem z pozostałym rodzeństwem zacząłem wynosić najcenniejsze rzeczy.
Kiedy przyjechał wóz strażacki płonął już cały dach. Do rana pozostały już tylko zgliszcza, które strażacy przewrócili, by nikt nie zrobił sobie krzywdy. Przez następne dwa tygodnie spaliśmy w stodole. W końcu dostaliśmy mieszkanie zastępcze od gminy. Połowa rzeczy, która jeszcze do czegoś się nadawała została rozgrabiona przez „życzliwych” ludzi, którzy masowo się zbiegli, by patrzeć, jak się pali.
I tak moja wizja się spełniła, spełniła się i to w najkoszmarniejszy i przerażający sposób. Od tamtej pory bardzo ostrożnie podchodzę do tego, co sobie wyobrażam, bo wiem, że może się to spełnić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz