niedziela, 30 sierpnia 2020

23 kwietnia 2010

ZACHOROWAŁEM


Dzień pierwszy. 40,2°C. Wymioty, nudności, ból brzucha, dreszcze, właściwie przeraźliwe zimno, jeszcze nigdy nie było mi tak zimno, mam wrażenie, że za chwalę umrę, bóle mięśni i stawów, zaburzenia orientacji. Wiozą mnie na pogotowie ratunkowe. Nie mogę o własnych siłach usiąść na kozetce. Diagnoza: żołądkowa infekcja wirusowa. Dostaję zastrzyk rozkurczowo-przeciwbólowy i receptę na leki. Wracamy do domu. Z głową pod kołdrą, nakryty kocem nie mogę opanować dygotania ciała. Czuję się tak, jakby ktoś zamknął mnie w basenie z lodowatą wodą. Nie miałem pojęcia, że można doświadczać takich cierpień odczuwając zimno. W nocy zlewam się zimnym potem, głowę mam jak bania, czuję się jakbym był na ogromnym kacu, zasypiam i budzę się co pół godziny. Dostaję biegunki, moje jelita zaczynają żyć swoim własnym życiem. Marzę tylko o jednym: żeby poczuć się, choć odrobinę lepiej.

Dzień drugi. Rano 38,6°C, jest na tyle dobrze, że mogę stanąć na własnych nogach, mam wizytę u lekarza i muszę zawieść zwolnienie do pracy. Nic nie jem, tylko piję. Małymi porcjami, ale często. Po wizycie u lekarza 39,8°C. To był duży wysiłek. Włażę do łóżka i zasypiam, 38,9°C;
Dzień trzeci. Jest lepiej 37,9°C. Niefortunne śniadanko: mam ogromną ochotę na kawałek cienkiej kiełbasy (jeden kęs) i surowe jajko no i mam 39,5°C z niewielkimi wahaniami utrzymuje się do końca dnia;

Dzień czwarty. Powolne dochodzenie do siebie: 38,2°C. Kleik z kaszy manny i leki. 37,5°C i już nie rośnie; po południu 36,9°C;

Dzień piąty temperatura normalna. Jem normalnie, tle, że mniej. Czuję się dobrze.
Cały czas czuwała nade mną moja rodzina, moja żona i teściowie. To dzięki nim tak szybko doszedłem do siebie. To im chcę podziękować. To doświadczenie było dla mnie wielką lekcją. Pokazało mi jak łatwo można stracić to, na co tak bardzo nie zwraca się uwagi – zdrowie. Człowiek jest jak to jajko, wystarczy stuknąć a rozpada się.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz