piątek, 31 lipca 2020

17 marca 2010

Patrzę jak pada deszcz.




Jest październik. Stoję pod daszkiem i patrzę jak pada deszcz. W powietrzu rysują się ukośne linie kropel, słychać charakterystyczny, jednostajny szum. W kałużach drgają kółka fal, rozchodzą się promieniście i łączą z innymi. Patrzę na mokre drzewo, sosnę. Jej igiełki obwieszone są girlandami pereł, ruchomej, nietrwałej biżuterii.

Stoję pod daszkiem i widzę jak od czasu, do czasu przemyka człowiek, zmoknięta, pochylona sylwetka. Stoję i widzę ciężkie, ołowiane niebo, zamglony horyzont. Stoję i uświadamiam sobie, że w zasadzie, nie wiem co widzę. Czy to, co odczuwam, jest tym, co istnieje naprawdę? Czy to całe piękno, które odbieram istnieje obiektywnie? A może jest tylko wytworem mojej świadomości, mojego, specyficznego sposobu patrzenia na świat.

Zdaję sobie sprawę, że ten padający deszcz z chwilą, kiedy go postrzegam jest już we mnie, w mojej głowie. Przecież cały ten świat jest w mojej głowie. Cały Wszechświat, wszystkie gwiazdy, wszystko, co do tej pory widziałem lub sobie wyobraziłem, bo przecież to jest specyfika postrzegania. Jednocześnie to, co jest w mojej głowie, jest całym moim światem. Nic innego dla mnie nie istnieje. Mogę ten świat udoskonalać, modyfikować. Im więcej wiem, im więcej rozumiem, tym większy jest mój wszechświat. A kiedy rozmawiam z drugim człowiekiem mam świadomość, że i on nosi w sobie swój własny wszechświat. Kiedy obaj patrzymy na tę samą rzecz i on i ja widzimy coś innego. Mogą być to rzeczy bardzo podobne, ale nigdy identyczne.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz