niedziela, 26 lipca 2020

12 marca 2010

MIAŁ 22 LATA.




Miał 22 lata. Ukończył technikum elektryczne. Po wojsku podjął pracę w firmie montującej reklamy świetlne, tak zwane neony. Zarabiał bardzo dobrze. Miał dziewczynę, taką skromną, z domu dziecka. Wkrótce zamierzał się ożenić. Jako że jego rodzice nie byli zamożni, nie chciał ich obciążać i sam pragnął zarobić na ślub i wesele.
W ostatnim okresie jego firma podjęła duże zlecenie: montaż reklam dla sieci znanych aptek. Jeździli po całej Polsce,  Mariusza często nie było w domu. Tego dnia montowali reklamy w stolicy. Przed wyjazdem do matki powiedział:
-Mamo, jeszcze tylko ten rok i rzucam to. Tylko uzbieram potrzebną kwotę. Później zajmę się czymś na miejscu.
Byłem w pracy, kiedy zadzwonił telefon.
-Adam nie żyje! Spadł z drabiny. Pęknięcie podstawy czaszki, - dzwoniła roztrzęsiona siostra. Docierały do mnie pojedyncze słowa, nawet nie potrafiłem ich zinterpretować. Tak, jakby mówiła o kimś zupełnie obcym, a przecież to mój siostrzeniec i chrześniak. Tak szybko i tak automatycznie się od tego zdystansowałem, że było to aż przerażające.
Rozdzwoniły się telefony. Z minuty na minutę docierało do mnie co raz więcej informacji. Jadą do Warszawy. Chcą być na miejscu. W miejscu pracy. Zobaczyć. Ogromne niedowierzanie. Jak to możliwe?!
Okazało się, że to nie upadek był przyczyną śmierci. To, co słyszę przez słuchawkę, w kolejnych rozmowach, gdzieś, na głębokich pokładach mojego jestestwa, paraliżuje mnie jeszcze bardziej.
Stał na drabinie aluminiowej opartej o rynnę dachu. Wszedł przykręcić neon i nagle popłynął prąd. Wysoki, bardzo wysoki! Poprzez rynnę, drabinę i jego ciało. Koledzy usłyszeli tylko przeraźliwe charczenie.
-Gorąco, pali!!! Boże, pali!!!
Próbował się wyrwać, ale prąd mocno zacisnął jego dłonie na metalowych  szczeblach. W ostatnim, desperackim odruchu całe ciało szarpnął do tyłu. Drabina poleciała wraz z nim przerywając śmiertelny uścisk. Upadając uderzył głową w chodnik.
W tym momencie cały świat jego rodziców się zawalił. Odchodząc zabrał ze sobą wszystko. Pozostał ogromny ból, niedowierzanie, kompletną bezsilność. Trudno to wszystko opisać…
Dopiero na pogrzebie dotarło do mnie co się właściwie stało. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem, nie chcę widzieć i nie życzę takiego widoku komukolwiek.
Był, dosłownie ugotowany... na tyłkach miał wypalone dziury... ze stóp i dłoni pozostał tylko sam szkielet... Najbliższa rodzina opowiadała, że musieli mu włożyć foliowe rękawice, a później te białe, a materiału. Wszystko płynęło... Większość ciała była koloru czarno-fioletowego nienaturalnie opuchnięta…
Nie umiałem wyrazić tego, co czuję, nie umiałem powiedzieć im nic mądrego. Jedyne, co mogłem, to mocno przytulić jego matkę, ojca i rodzeństwo.
-Dlaczego, dlaczego, dlaczego...- czkała zrozpaczona kobieta, - dlaczego Bóg zabrał mi najbardziej kochane dziecko?! Gdzie jego miłosierdzie?! Gdzie jego serce?! Jak mam teraz w niego wierzyć?!
Stali mocno spleceni, trzęśli się i płakali. Oto rodzice po stracie najstarszego syna... Dziecko, z którym wiązali tak duże nadzieje, nagle, w tragiczny sposób odeszło. Dziecko, które miało być ich oparciem na starość zostawiło ich... i pozostawiło niewyobrażalną pustkę.
Zadziwiająco silni okazali się jego brat i siostra, którzy pomagali przy pogrzebie. Jakby zamknęli się w sobie. Jakby byli trochę nieobecni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz