wtorek, 12 maja 2020

25 grudnia 2009

Zabłądziłem.

Zabłądziłem,
Nogi mi cementem
Do ziemi przyrosły,
Zakręcił ktoś
Bębnem mej głowy
I wymieszały się myśli
Jak kule lotto.
Coś zaistniało,
Cieniem po duszy przebiegło,
Zadrżały ściany,
Rozkołysały się schody,
Wypełzły z piwnic
Wielkie przerażacze,
I szeptały do ucha
Przekleństwa i grzechy,
Wywleczone trzewia
Chudego dzieciństwa.
Zbyt robaczywy jestem,
By pojąć,
Zbyt ociężały
W ślimaczym myśleniu:
Czy to ja gniję,
Czy też jabłko,
W którym żyję?
I czy istnieje
Świat gdzieś na zewnątrz?
Jak matematyk
Przed tablicą stoję,
Przed najtrudniejszym
Równaniem życia:
Rozwiązać muszę
Gdzie niebo się kończy,
Gdzie piekło zaczyna;
I czy w ogóle
Mam gdzieś tę duszę.
Może ze szmatek
Zszytą laleczką
Skaczę na sznurkach,
Udając życie,
Która wciąż marzy,
By zerwać nici,
Rozedrzeć niebo,
Otworzyć w końcu
Drewniane oczy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz